Jakgdybynigdynic

Na Boże Narodzenie chłopaki byli w Milfordzie, milordzie i mieli ciepło. Teraz mamy po-Wielkanocy, w kalendarzu kwiecień, a za oknem efekty pozytywnie rozpatrzonych reklamacji pogodowych z 24 grudnia – śnieży, że aż telewizja z talerza miejscami nie odbiera. Czyli stan, że już coraz mniej jest w stanie człowieka zaskoczyć. A jednak!
Po najróżniejszych spekulacjach – łącznie z opcją wypadku ciężarówki w pobliżu zbiornika wodnego i utratą ładunku w szuwarach – dziś dotarła do mnie pocztówka z Milford Sounds!

Zatem, skoro już jesteś w kraju i tu zaglądasz – dzięki Soyowy za kartkę!

Ale ogólnie, to należy wysyłać kartki z NZ – docierają w rozsądnym czasie. Tylko z tą taki psikus był. Trochę liczyłam, że może spektakularnie dotrze tak za jakieś 20 lat dopiero.

docierała do Polski ponad 3 miesiące

Tego singapora, to musieli tak centralnie na górce nakleić łobuzy?

Reklamy

Fotosjesta

Przemierzanie cyfrowych czeluści dokumentujących i upamiętniających nowozelandzką wyprawę, wybieranie, przebieranie tych wszystkich zdjęć i nagrań – to zajęcie energochłonne, czasochłonne i wielce wyczerpujące. Dlatego trzeba tyle czekać.

ALE

Co się odwlecze, to nie uciecze!

Zostańcie na nasłuchu.

Na zdjęciu: komisja oceniająca i selekcjonująca przywieziony materiał, w trakcie obrad.

 

Opendedor

Ołpen de dor, ołpen de dor * – dobijam(y) się od niemal miesiąca do OGRów z nadzieją na wyrwanie od nich jakiegoś ochłapa na pożarcie – tyle tygodni, tyle wrażeń nieopowiedzianych… Kibice popadający w depresję i swoiste delirium odstawienne, związane z nagłym zaniechaniem regularnych dostaw „towaru”, stracili już nadzieję i zaczęli czytać pudelka – bo tam COŚ się dzieje.

Chcecie wierzcie lub nie wierzcie 

będzie towar w mieście!

Oto otwierają się zębate, cyfrowe wrota,
za którymi kryją się prawdziwe skarby!

Materiały nigdzie dotąd nie publikowane!
Bez cenzury!
Specjalnie dla Was!

wrota

Nie traćcie nadziei…

—————————————————————
* – skojarzenie z kabaretem jak najbardziej na miejscu

Chcieliście podsumowanie to macie :)

Wypadało by coś napisać po powrocie, musiałem tylko dać sobie czas na poukładanie w głowie tego co tam zobaczyłem.

Zacznijmy może od najmniej przyjemnych wniosków – towarzystwo. Zawsze uważałem, że 4 osoby to na taki wyjazd za dużo i miałem rację. Nie da się pogodzić wymagań tylu osób. Trzeba więc albo jechać w 2 osoby (co moim zdaniem jest optymalnym składem) albo być sprzętowo i psychicznie przygotowanym na podział grupy. Można ewentualnie spotykać się tylko na noclegi. Wybór należy do was ale warto mieć w pamięci – 2 to optimum. I nie zrozumcie mnie źle, miło spędziłem tam czas z chłopakami ale 4 osoby to za dużo.

Sam lot na NZ to męczące 36 godzin w samolocie, nic specjalnego. Mieliśmy o tyle fajnie, że w Quantasie nieźle karmią i dają sporo filmów do obejrzenia. Ponieważ bilet kupiliśmy przez British Airways rowery poleciały na ich warunkach, tzn. zapłaciliśmy w Warszawie po 210zł a następnie odebraliśmy rowery w Auckland.

Na lotnisku w Auckland obowiązkowa kontrola celno – sanitarna. W samolocie dają do wypełnienia deklarację, która jest o tyle śmieszna, że jako jeden podpunkt ma „broń, narkotyki, lekarstwa”. Ponieważ miałem lekarstwa zaznaczyłem ten podpunkt przez co spotkałem się z ostrą reakcją celnika, bo zaznaczyłem „broń”. Kontrola sanitarna – zależy kogo trafisz – możesz wwieźć przeterminowaną beef jerky a mogą się przyczepić do, ich zdaniem, brudnych butów.

Wyspa północna nie zachwyciła mnie. Problemem jest dość duży ruch i wąskie drogi. Widokowo może być całkiem OK o ile coś widać ;). Najciekawsze jak dla mnie były okolice Taupo- Turangi – Tongario National Park. Udało nam się jeszcze przejechać drogę z Raetihi przez Pipiriki do Wanganui, jest to w większości szutrówka wijąca się wzdłuż rzeki ale jak dla mnie nie była ona jakąś super atrakcją. Owszem, widoki z przełęczy w południowym końcu drogi były bardzo ładne ale było to jedyne miejsce gwarantujące widoki, poza tym można sobie popatrzeć na las deszczowy.

Właśnie – las deszczowy. Wejść się dam nie da. Bardzo ciekawie wyglądają wszystkie te wielkie paprocie, palmy i pozostałe tałatajstwo ale ile można. W sumie po kilku dniach las deszczowy staje się po prostu zieloną ścianą nie do przejścia.

Teleportujmy się na Wyspę Południową. Wysiedliśmy z promu w Picton i…zupełnie inny świat. Bardzo mi się podobał odcinek z Picton do Westport. Najpierw jazda wzdłuż fiordu (bardziej oswojony niż norweskie ale z ręki jeść nie chciał), potem przecinanie dzikich pasm górskich (nie uwierzę, że tam mieszkają ludzie, nawet farm nie było widać). Było trochę jak w naszych górach, dużo lasów iglastych i ładne widoczki. Następne kilka dni do zachodnie wybrzeże drogą numer 6. Ogólnie rzecz biorąc jest to jedna z lepszych rzeczy, które można tam zobaczyć. Z jednej strony góry pokryte lasami deszczowymi, z drugiej ocean (chociaż na mapach piszą, że to Morze Tasmańskie). Trafiła nam się tam pogoda więc bardzo miło wspominam ten odcinek.

Westland National Park przy dobrej pogodzie oferuje niezłe widoki na wysokie góry i lodowce Franz Joseph i Fox, które są dwoma z trzech na świecie lodowców schodzących do lasu deszczowego. Problem jest taki, że pada tam prawie cały czas, statystyka mówi o 7 metrach wody deszczowej w ciągu roku co daje 2,5cm dziennie. No ale nie oszukujmy się – Jostedal w Norwegii oferuje ładniejsze widoki z możliwością podejścia bliżej do lodowca i w dodatku sporo taniej. Istnieje możliwość zwiedzenia Nowozelandzkich lodowców posiłkując się lotem helikopterem ale proponuję pisać się na to tylko kiedy będzie idealna pogoda, w innym przypadku przed samym lotem powiedzą, że chmury uniemożliwiają lądowanie a oni kasy nie zwracają.

Haast Pass (czyli przełęcz Haast) jest najniższą z przełęczy, przez które przechodzi droga na Wyspie Południowej.. Kiedy jedziemy od West Port odjeżdżając od wybrzeża najpierw czeka nas 60km prawie po płaskim z niezłymi widokami na góry. W pewnym momencie droga zaczyna ostro się wspinać, było tam na pewno ponad 15%. Powiem szczerze, że nigdy jeszcze nie czułem jak w czasie pedałowania w pełnym słońcu robi mi się zimno w łydki. Na szczęście podjazd nie jest za długi bo przełęcz ta ma niecałe 600m npm. Następnie czeka nas dłuuugi zjazd w Stronę jeziora Wanaka (dla Chistego – Lake Wanaka 😉 ). Po drodze proponuję zaliczyć wizytę w Blue Pools  na orzeźwiającą kąpiel w lodowatej górskiej rzece. Następnie droga dociera do Wanaka, gdzie warto się wykąpać w jeziorze. Miejska plaża oferuje kąpiel z (przepraszam za słowo ale inne tego nie odda) zajebistym widokiem na Mount Aspring National Park. Cudowne uczucie pływania w jeziorze z widokiem na łańcuch ośnieżonych ponaddwutysięczników.

Następnym punktem programu jest Queenstown, gdzie turyści spędzają przeciętnie osiem lat (mimo, że jeszcze gdzieś indziej jest piękny świat). Światowa stolica sportów ekstremalnych, tutaj jako turysta możesz zostać wydojony z każdej forsy, jaką posiadasz. Atrakcje turystyczne są potwornie drogie a już szczytem chamstwa jest liczenie sobie 110NZ$ za zdjęcia i film ze skoku bungy (który sam w sobie kosztuje 260NZ$). Nie zmienia to faktu, że miasteczko jest ładne i można się tam poczuć jak nie w Nowej Zelandii (tylu ludzi, taki ruch 😉 ).

Z Queenstown w stronę Milforda udajemy się drogą przez góry. Pociąga to za sobą konieczność skorzystania z rejsu parostatkiem (no dobra, płynie na dizlu ale można popatrzeć na pracującą maszynę parową i dym dla picu puszczany z komina), warte jest to 35NZ$. Sama droga – jak to szutrówka przez góry, ładnie jest 🙂 Warto to zobaczyć.

Dalszym punktem programu był Milford Sound czyli najpiękniejszy fiord świata. W ramach promocji turystyki rowerowej autobusy tam jeżdżące nie wożą rowerów 😉 A jest to o tyle nieprzyjemne, że droga do tego fiordu to licząc z Te Anau 120km w jedną stronę a wraca się tą samą drogą pełną rozpędzonych autokarów pełnych śpiących żółtków. Sama droga z Te Anau oferuje dość ciekawe widoki tak gdzieś do Homer Tunel. Sam Milford…no nie wiem, w Norwegii widziałem ładniejsze fiordy. O ile nie wykupi się jakiejś wycieczki typu macanie delfinów z kajaka to nie ma po co na Milforda jechać – z drogi widać sam jego początek.

Kolejną atrakcją, na którą zdecydowaliśmy się dość spontanicznie była Nevis Road, nazwana przez Czarka „drogą na pograniczu głupoty”. Nie podzielam jego opinii i zdania nie zmienię ile razy by mi nie wypomnieli jak tam kląłem na podjeździe. Jeśli ktoś jedzie tam z sakwami to jedynym rozsądnym kierunkiem przejazdu jest z zachodu na wschód. Droga najpierw wspina się ostrym podjazdem, potem dłuuugo schodzi w dolinę aby na końcu zaoferować kolejny przesrany podjazd. Jak dla mnie były tam wspaniałe widoki i najlepszy nocleg w czasie całego wyjazdu (przy obsranej chatce, z ogniskiem przy pełni księżyca).

Następna ciekawostka to opisywana tu już trasa zwiniętych torów. Widoki jak na filmach o dzikim zachodzie i dwa dni lajtowej jazdy – warto to zaliczyć.

Moim zdaniem potem nie było nic ciekawego aż do Arthur Pass. Drogę SH1 z Dunedin do Christchurch wręcz należy omijać jadąc bardziej na zachód. Sama przełęcz, chociaż tak rozreklamowana nie ujęła mnie niczym. Jeśli nie pójdzie się na okoliczne szlaki piesze to jedyne co można tam ciekawego zobaczyć to Kea. Mam wrażenie, że widoki przed samą przełęczą (jadąc od wschodu) są dużo lepsze niż sama przełęcz. A już na 110% dużo ładniejsze widoki oferuje Lewis Pass czyli ostatnia zaliczona przez nas asfaltowa droga w poprzek wyspy.

Pewnie napisał bym też, że ciekawa jest Molesworth Road gdybym przez 2 dni nie musiał zmagać się tam z wiatrem i deszczem. Jest to droga idąca przez góry z Hanmer Springs na północ. Owszem, ładne tam są widoczki ale to jak mnie ten odcinek wymęczył (wliczając w to glebę gdy wiatr zdmuchnął mnie z rowerem do rowu) ciągle nie pozwala mi wyrażać się o nim pochlebnie 😉

Czas na podsumowanie. 48 dni, 4000km na rowerze. Sprzęt nie nawalił. Na pewno zabrałem za dużo ciepłych ciuchów. Na pewno powinienem mieć przednie sakwy – było by sporo łatwiej i mi i Ryśkowi ;). Nie napiszę ile wydałem ale jedzenie i campingi jak dla Polaka są tam drogie.

Nowa Zelandia – sporo ładnych widoków ale nie ma tam nic czego nie da się zobaczyć bliżej Polski. Czy warto tam pojechać? Dochodzę do wniosku, że jak się już wszystko widziało i ma się za dużo kasy to warto. W innym wypadku nie ma się co spinać i warto poczekać aż się tę kasę będzie miało.

Ludzie – mam straszny dysonans poznawczy. Są dla siebie taaaacy milutcy, lukier się leje. Jak się przyjedzie z kraju wiecznej radości zwanego Polską aż się rzygać chce 😉 Za to jak wsiądą za kierownicę…o dżizas. Na prawdę kilka razy czułem się niekomfortowo kiedy mijała mnie ciężarówka albo przyczepa z łodzią. Jeżdżą szybko i nie zwracają uwagi na rowerzystów, przy wyprzedzaniu rowerzysty ZAWSZE się zmieszczą między rowerzystę a jadącą z naprzeciwka ciężarówkę (nawet jeśli ciągną przyczepę z łodzią o pół metra szerszą od samochodu). Może na tym skończę o kierowcach 😉

To chyba tyle, jeśli ktoś chce podyskutować na temat mojego punktu widzenia – zapraszamObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Standardowo – by Czarek + Dymki

NZteam

autor: Robert Stępień

Czarek wrócił, ale posty dalej trzeba za niego wrzucać 😉 Czarek: Na pocieszenie wrzucam trochę fotek wyjazdowych.

* zobacz zdjęcia * zobacz zdjęcia * zobacz zdjęcia *

Dobra, to jeden kawałek pracy domowej odrobił, a ja z wrażenia zaliczyłam falstart z publikacją. Przepraszam ;]